Może wybierzemy się do kina. Grają kilka fajnych filmów. Tak mi się wydaje. Obsada ciekawa. I tematy, które poruszają są ważne, albo chociaż przyjemne.
Albo pójdźmy do japońskiej restauracji. Pamiętasz której? Zjedzmy węgorza w słodkim sosie i panierowane kalmary. Zapijmy wszystko najlepszym na świecie winem śliwkowym. I śmiejmy się do łez.
A może wolisz pospacerować? Starówka? Brzmi wspaniale. Lubię warszawską Starówkę. Kocie łby, budynki, klimat i widoki. Wszystko jest takie proste i oczywiste.
Możemy też spędzić kilka chwil w naszej altance. Tam mi się oświadczyłeś. I to były najpiękniejsze na świecie oświadczyny. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszych. Bardziej romantycznych. Bardziej cudownych.
Wiesz co? Zostańmy w domu. Zapalmy świeczki o zapachu wiśniowym, usmażmy talerz frytek i puśćmy nasz ulubiony serial. Zaniedbaliśmy ten rytuał.
Właściwie to nieważne co będziemy robić. Ważne, że będziemy razem.
To wystarczy do szczęścia.
czwartek, 24 września 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Piękne słowa Justa. Życzę Wam aby nic tego nie zmieniło.
OdpowiedzUsuńvaldez
Dziękujemy! Myślę, że w naszym interesie są starania aby te słowa zawsze były aktualne :-)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Japońskie wino śliwkowe jest najlepsze na świecie. Zgadzam się :)
OdpowiedzUsuńPapcie, talerz frytek i nawet malo madry serial - kwintesencja szczescia? ;)
OdpowiedzUsuńA jak! Byle by razem, bo fajnie jest we dwoje :-)
OdpowiedzUsuńale we troje lepiej ;)
OdpowiedzUsuńvaldez
Miejmy nadzieję, ze już za jakiś rok, dwa we troje. Owszem :)
OdpowiedzUsuń